środa, 10 grudnia 2008

Sklep, zapałki i szkoła, czyli głupi sen.

Czasami mnie zadziwia jak głupie potrafią być sny, zwłaszcza jesienią i zimą. Najczęściej budzę się zdezorientowany, bo nie jestem w stanie określić od razu, czy naprawdę się z kimś pokłóciłem, kogoś zabiłem, walczyłem, czy się wygłupiłem.

Dzisiaj pojechałem na cały dzień na wioskę dalej robić docieplanie i w drodze na busa przypomniał mi się mój dzisiejszy sen, ale tym razem o mało nie roześmiałem się na ulicy. Otóż śniło mi się, że byłem w dość dużym sklepie i była wielka kolejka, w której trzeba było swoje odczekać. I w tej kolejce ludzie z nudów ze sobą rozmawiali (od razu widać, że to sen bo u nas nikt nie rozmawia). Jak to w snach bywa widziałem kilka znajomych twarzy, w tym moją dyrektorkę z LO. I tak sobie rozmawiamy, zbliżamy się do kasy i oto scena. która zapadła mi w pamięci:

*Podchodzi gość, żeby rozmienić 10zł i chce kupić tylko paczkę zapałek. Kasjerka tylko patrzy na te zapałki i dychę*
-Panie! To już sobie pan weź te zapałki. Następny! (no i gościowi nie udało się rozmienić).
W tym samym czasie dyrektorka mi opowiadała o jakimś notorycznym podpalaczu w szkole:
Dyr.: -I kto przez cały czas puszcza szkołę z dymem?
Ja:- Szkoła? Szkoła sama się puszcza



Prawda, że dziwne?

I czy szkoła faktycznie "sama się puszcza" ["z dymem"]? =D

Jak coś jeszcze sobie przypomnę, to napiszę.

See ya!

Brak komentarzy: