czwartek, 23 lipca 2009

Nadzieja

"Nadziej matką głupich" (...ale każdą matkę trzeba kochać)

Czy nie często spotykamy się z tym powiedzeniem?
Czy osoby, które posiadają to niezbędną do życia cząsteczkę są naprawdę głupcami?


Ostatnio dostałem smsa od Karoliny:

"matką ubogich to nadzieja
nie opuszcza biednych, trędowatych
i tych podłych i tych małych"


W odpowiedzi, nie wiem skąd, przyszło mi na myśl, że:


"Nadzieja czasami działa jak strzał z defibrylatora, który przywraca nas do życia"


Tak napisałem i wysłałem. Dopiero później mnie olśniło jak fajne porównanie udało mi się stworzyć!

Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej dochodziłem jak bardzo to zdanie jest prawdziwe (nie, nie jestem egocentrykiem, że skupiam się tutaj na własnym cytacie).
Ludzie, którzy cierpią na depresję, czy mają doła, (wydaje mi się) że nie mają nadziei na przyszłość. Owszem, odruchowo sobie myślimy, że "mam nadzieję, że będzie jednak lepiej", ale mówimy to raczej bez odśrodkowego przekonania. Nadzieja jest takim strzałem, który przywraca ludzi do życia, bo powoduje że wierzymy w pewne cele i zaczynamy o nie walczyć, ożywiamy się, dążymy do tego, żeby stanęło na naszym.



Postawiłem swój model pod to zdanie:

Nie, nie należę do tego typu ludzi, którzy uważają, że gdy mi się dzieje źle, to niestosownym jest, żeby ktoś się w tym czasie cieszył. Gdy widzę ludzi z pasją, którą kochają, szczęśliwe rodziny z dziećmi, ludzi którzy spełniają swoje marzenia i mają ten błysk w oku (który lubię wychwytywać) lub wręcz promienieją, to mnie napawa nadzieją, działa na mnie jak ten strzał, który przywraca mnie do życia. Tym impulsem jest dla mnie informacja, że skoro innym mimo wszystko się udaje i potrafią być szczęśliwi, to jest dla mnie nadzieja, że i mi się ułoży.


Nawet jeśli inni sądzą inaczej, to niewiele mnie to obchodzi.
Jeśli niektórzy sądzą to za głupie co teraz napisałem...
Uważają, że nadzieja pozostaje dla głupich.
Chcę być szczęśliwym głupcem!

wtorek, 21 lipca 2009

TV a realia

Nie, nie zamierzam rozpisywać się o tym, że reporterzy czasami szukają czasami sensacji na siłę, przeinaczają fakty i nie silą się na obiektywizm, który czyniłby ich reportaże mniej ciekawe, poruszające, czy kontrowersyjne. A wszelkie przeprosiny, bądź sprostowania są pomijane przez media i społeczeństwo. Myślę, że każdy myślący człowiek, albo taki, którego to osobiście spotkało o tym wie.

Nie zamierzam nawet w ogóle się rozpisywać.

Chciałem tylko zwrócić fakt między reportażem, a realiami - w innym aspekcie.

Pewnego razu oglądałem (zapewne jak tysiące innych osób) reportaż na Polsacie o automatach (np. jednoręki bandyta), a dokładniej o konsekwencjach od ich uzależnienia. Jaki był efekt? W mojej dzielnicy (w promieniu 100m) w bardzo krótkim czasie od wspomnianej audycji powstały 2 salony z automatami.

Jak to miło, że telewizja uczy nasze przedsiębiorcze społeczeństwo, które potrafi wyprać się z sumienia i wie, w jaki sposób wykorzystać ludzkie słabości do zagarniania czyiś wypłat lub majątku domowego, przyczyniając się tym samym do patologi i biedy.

Nie, nie mam tutaj absolutnie pretensji do Polsatu, bo to miała być przestroga, że należy unikać takich miejsc, bo można się zapomnieć. Bardziej mi chodziło o sam fakt w jaki sposób ludzie wykorzystują informacje.

Nie mam szacunku dla takich osób.

wtorek, 23 czerwca 2009

"Ale nie wie nikt wśród żywych | Czy ten szlak, to szlak prawdziwy"

"Żadna praca nie hańbi" (... ale każda męczy)


Czy aby na pewno? Czy żaden zawód nie okrywa się hańbą?

Co prawda nie jest to mój temat do rozważania, ale od tego punktu zaczął się mój tok myślowy, który doszedł do ciekawych wniosków dotyczących wiary ludzi w medycynę niekonwencjonalną.

Gdzie praca, a gdzie medycyna? Oto jak sobie pomyślałem:



-żadna praca nie hańbi, czy to jest prawdziwe?

Gdybyśmy mieli zapytać ludzi o haniebne zawody, to bez mrugnięcia okiem odpowiedzą, że na pewno to jest prostytucja - wiem, bo zawsze tak jest i sam tak dzisiaj pomyślałem. Ale z drugiej strony, czy bardziej karygodne jest swobodne dysponowanie swoim ciałem (mowa o prostytucji, testerach narkotykowych, piercing, zwykły pracoholizm, ....), czy czerpanie korzyści z sutenerstwa (gdy jest narzucana "ochrona" dla przydrożnych pań, lub zwyczajne zmuszanie do prostytucji)?

A co z ludźmi starszymi? Ludzie starsi bardzo często naciągani i oszukiwani z racji swoich demencji, chorób i lęków. Moja babcia co chwila dostaje zaproszenia na prezentacji kolejnych cudownych poduszek i kołder, czy innych rzeczy lub specyfików. Czy nie to powinniśmy bardziej potępiać? Nie prostytutki, które z własnej woli oddają swoje ciało, ale ludzie których nazywamy przedsiębiorczymi, ale którzy żerują na ludzkiej naiwności, czy ociemnienia umysłowego.

By the way: jeśli podczas ankiety zapytamy o śmieciarzy, złomiarzy, sprzątaczki czy robotników fizycznych, to ludzie odpowiedzą z lekkim oporem, że ten rodzaj pracy też nie hańbi. Skąd ten opór? Może czas zweryfikować pewne poglądy? Może czas nabrać większego szacunku dla ludzi, którzy w naszym społeczeństwie przyczyniają się do tego, że nazywamy się cywilizowanym społeczeństwem?


-dlaczego łatwo jest oszukiwać?

W przypadku oszustów dało mi do myślenia, czemu Ci ludzie tak chętnie chodzą na wszelkie prezentacji i pozwalają sobie wciskać poduszkę wartą 20zł, za cenę 10krotnie większą?

Otóż moim zdaniem każdy człowiek ma jakieś lęki. Jedni boją się starości, inni choroby, ale czy słusznie? Każda z tych rzeczy dotyka nas na inny sposób, ale kończąc np. 70 czy 80 lat musimy się liczyć, że nasze ciało będzie inaczej reagowało na pewne rzeczy, będą dotykały choroby, bóle reumatyczne i nie będziemy tak sprawni. Choroby też nas ograniczają - to mogę powiedzieć z własnego doświadczenia. Jestem astmatykiem i alergikiem, i o ile nie dusi mnie co chwila, o tyle jestem uczulony na prawie wszystko. Muszę się liczyć z tym, że muszę sprawdzać co jem i piję, albo gdy pozwolę sobie na małą odskocznię, to muszę się liczyć ze swędzeniem, zmianami skórnymi, czy innymi reakcjami mojego organizmu.

Ale nie budzę się codziennie z myślą: "jestem chory na:..... zarabiam: ..... denerwuje mnie: ...."
Musimy się liczyć z pewnymi ograniczeniami.

Z tego powodu nie jestem na razie w stanie zrozumieć, czemu ludzie potrafią przerywać leczenie chemią (rak), czy farmakologicznego (HIV/AIDS) na rzecz jakiegoś samozwańczego bioenergoterapeutę, który pomruga oczami, powie kilka słów, machnie rękami i wsadzi do jakiejś klateczki oplecionej drucikiem z prądem z bateryjki.

Tak samo jak nie wierzę w lecznicze źródełka. Moim zdaniem łyczek wody nie zastąpi brakiem minerałów w naszych kościach i w ogóle w organizmie spowodowane długoletnią złą dietą. Może to bardziej efekt Placebo?

Jeśli chcemy długo żyć, to odżywiajmy się zdrowo, uprawiajmy sport (jest tyle dyscyplin, że każdy jeden człowiek znajdzie coś dla siebie) i podchodźmy pozytywniej do życia. Nie można zaniedbywać pewne rzeczy, żeby później żyć nadzieją, że nasze problemy rozwiążą cudowne poduszki z cudownego materiału, cudowne źródełka, cudowne kamyczki, cudowne szczepy bakterii, czy inne cudowne cudowności.

Jeden łyk, jedna wizyta, jedna rzecz, czy nawet wydane tysiące złotych nie naprawią w ciągu 1 miesiąca pewnych rzeczy, jeśli niszczyliśmy je przez ostatnie 360 (w przypadku tylko/aż 30 lat).


"Tonący brzytwy się chwyta"

Ale lepiej utonąć całemu, niż z uciętą ręką (za "rękę" możemy podstawić co chcemy- mieszkanie, szacunek, pieniądze, czyli wszystko co możemy stracić niepotrzebnie), gdy można te rzeczy spożytkować lepiej dla przyszłych pokoleń.


Nie potępiam i nie neguję medycyny niekonwencjonalnej, ale trzeba być racjonalnym. Nie mam nic do pijawek, ziółek, czy wielu innych rzeczy sprawdzonych od lat i przede wszystkim naturalnych, ale denerwuje mnie że ludzie w tej ucieczce od pewnych rzeczy kompletnie zatracają rozum. Chyba, że dogadamy się z pewnym panem, z którym dogadał się Faust, czy Pan Twardowski, ale wtedy znacznie przepłacimy. Prawda?

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Wiedzieć - a czuć

Czasami mi się wydaje, że ludzie nie rozróżniają sensu tych słów.

Wiedzieć można bardzo wiele, można znać na pamięć wszystkie encyklopedie, Wikipedię i znać wszystkie odpowiedzi z Google'a, ale niekoniecznie to poczuć.

Można wiedzieć, że na dworze wieje wichura, ale jej nie czujemy za szczelnie zamkniętymi oknami. Można wiedzieć, że jest zimno, ale nie poczujemy tego przy włączonym kaloryferze.

W życiu osobistym, nie róbmy tylko gestów i nie wymawiajmy słów, żeby inni wiedzieli, ale zróbmy coś żeby to oni poczuli - najlepiej te pozytywne rzeczy i emocje.

Zwłaszcza bliskie nam osoby

środa, 3 czerwca 2009

"... a miłości bym nie miał, byłbym niczym"

Dzisiaj rano mnie naszła myśl, czy gdyby wprowadzono taką usługę, że po poddaniu się zabiegowi operacyjnemu lub odpowiedniemu leczeniu, po którym człowiek nie mógłby już kochać, to czy skorzystałbym z takiej usługi. Wyeliminować tylko miłość.


Nie, nie chodzi mi o to, żeby nic nie czuć i stać się wyrafinowanym skurwysynem, ale żeby można było odczuwać wszystkie emocje (np. radość, gniew,...) i stopnie znajomości (koleżeństwo, przyjaźń), poza tą jedną dziedziną.


Mówi się, że miłość jest najpiękniejszym uczuciem, które potrafi wszystko znieść, jest nieśmiertelna, zaakceptuje wszystko, jest esencją życia. Jednak jednocześnie miłość jest przyczyną niepewności, niezliczonych depresji, ofiar ludzkich i przemierzonych kilometrów w ucieczce od tego uczucia. Czy bilans zawsze wychodzi dodatni?


Miłość - esencja życia, najpiękniejsze, nieśmiertelne uczucie, element człowieka.

A ja dalej się zastanawiam, czy gdyby można było usunąć, to czy bym skorzystał z takiego zabiegu.

sobota, 2 maja 2009

Blog reloaded

Aż nie wiem co napisać, tak długo mnie tutaj nie było...


Przede wszystkim mam nową pracę. Pracuję sobie w prywatnym pogotowiu ratunkowym (jako sanitariusz - oficjalnie i jako kierowca bez uprawnień - nieoficjalnie/bardzo awaryjnie). Dzięki 12 godzinnym (a bywa, że i dłuższym - rekord wynosi 40,5 godziny) dyżurom w tym większość czasu spędzonych na dojazdach lub czekając aż 'uczeni' zejdą łaskawie i udzielą konsultacji i/lub przyjmą pacjenta do szpitala, mam nieco czasu na rozmyślania. W sumie doszedłem do bardzo wielu wniosków i postaram się z czasem je tutaj wyjawić.

Z pracy jestem jak najbardziej zadowolony, niedługo będę robił uprawnienia na pojazdy uprzywilejowane i będę jeździł również jako kierowca (w końcu). Dodatkowym atutem jest fakt, że przychodzą do nas praktykanci - a zwłaszcza piękne praktykantki - i dzięki temu miałem możliwość poznania tutaj osobę szalenie bliskiej mojemu sercu :).

Zaraz po tym jak się zatrudniłem postanowiłem spełnić swoje marzenie - kupiłem lustrzankę cyfrową (na raty). Obecnie jestem zapalonym fotografem i uważam (z resztą to nie jest tylko moja opinia), że wychodzi mi to bardzo dobrze. Pewnego dnia z nudów poszedłem z aparatem na miasto i zauważyłem jedną dość fotogeniczną parę, zapytałem się czy mogę im porobić zdjęcia, a po króciutkiej sesji (nie chciałem za bardzo zawracać głowy) wymieniliśmy się mailami, żebym mógł im powysyłać zdjęcia i oto odpowiedź jaką dostałem:

"Zdjęcia są przepiękne, bardzo podoba mi się ich kolorystyka. Wiem co mówię gdyż obydwoje jesteśmy plastykami po sześcioletniej szkole artystycznej. Ja zajmuję się malarstwem i grafiką komputerową, Artur poszedł w stronę jubilerstwa. Lecz do fotografii nigdy mnie nie ciągnęło, mimo że był to mój obowiązkowy przedmiot w szkole. Dlatego podziwiam ludzi którzy widzą w tym pasję."

W następnej części maila dostałem propozycję zrobienia sesji na ich ślubie w przyszłe wakacje :)


Ogólnie ciężko się pracuje, nadgodziny są już normą (nawet jeśli jestem po 36 godzinach), trafiają się trudni pacjenci i jeszcze trudniejsze ich rodziny, mam (na razie) niską stawkę i nie zarabiam wiele, ale jestem człowiekiem bardzo zadowolonym z życia (osobistego i zawodowego). Spełniłem moje marzenie, inne marzenie samo się spełniło, mam zdecydowanie życiową hossę (mimo iż na świecie panuje 'kryzys').

Czy ja potrzebuję czegoś więcej do szczęścia? ;-)