Aż nie wiem co napisać, tak długo mnie tutaj nie było...
Przede wszystkim mam nową pracę. Pracuję sobie w prywatnym pogotowiu ratunkowym (jako sanitariusz - oficjalnie i jako kierowca bez uprawnień - nieoficjalnie/bardzo awaryjnie). Dzięki 12 godzinnym (a bywa, że i dłuższym - rekord wynosi 40,5 godziny) dyżurom w tym większość czasu spędzonych na dojazdach lub czekając aż 'uczeni' zejdą łaskawie i udzielą konsultacji i/lub przyjmą pacjenta do szpitala, mam nieco czasu na rozmyślania. W sumie doszedłem do bardzo wielu wniosków i postaram się z czasem je tutaj wyjawić.
Z pracy jestem jak najbardziej zadowolony, niedługo będę robił uprawnienia na pojazdy uprzywilejowane i będę jeździł również jako kierowca (w końcu). Dodatkowym atutem jest fakt, że przychodzą do nas praktykanci - a zwłaszcza piękne praktykantki - i dzięki temu miałem możliwość poznania tutaj osobę szalenie bliskiej mojemu sercu :).
Zaraz po tym jak się zatrudniłem postanowiłem spełnić swoje marzenie - kupiłem lustrzankę cyfrową (na raty). Obecnie jestem zapalonym fotografem i uważam (z resztą to nie jest tylko moja opinia), że wychodzi mi to bardzo dobrze. Pewnego dnia z nudów poszedłem z aparatem na miasto i zauważyłem jedną dość fotogeniczną parę, zapytałem się czy mogę im porobić zdjęcia, a po króciutkiej sesji (nie chciałem za bardzo zawracać głowy) wymieniliśmy się mailami, żebym mógł im powysyłać zdjęcia i oto odpowiedź jaką dostałem:
"Zdjęcia są przepiękne, bardzo podoba mi się ich kolorystyka. Wiem co mówię gdyż obydwoje jesteśmy plastykami po sześcioletniej szkole artystycznej. Ja zajmuję się malarstwem i grafiką komputerową, Artur poszedł w stronę jubilerstwa. Lecz do fotografii nigdy mnie nie ciągnęło, mimo że był to mój obowiązkowy przedmiot w szkole. Dlatego podziwiam ludzi którzy widzą w tym pasję."
W następnej części maila dostałem propozycję zrobienia sesji na ich ślubie w przyszłe wakacje :)
Ogólnie ciężko się pracuje, nadgodziny są już normą (nawet jeśli jestem po 36 godzinach), trafiają się trudni pacjenci i jeszcze trudniejsze ich rodziny, mam (na razie) niską stawkę i nie zarabiam wiele, ale jestem człowiekiem bardzo zadowolonym z życia (osobistego i zawodowego). Spełniłem moje marzenie, inne marzenie samo się spełniło, mam zdecydowanie życiową hossę (mimo iż na świecie panuje 'kryzys').
Czy ja potrzebuję czegoś więcej do szczęścia? ;-)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Chyba musiało Ci się wybitnie nudzić, skoro po pół roku przypomniałeś sobie o fakcie, że posiadasz bloga :-) Powinni Ci odebrać prawa rodzicielskie za zaniedbanie :D
A serio: fajnie przeczytać coś tak pozytywnego w dobie kryzysów różnego rodzaju- jak widać to nie hossa finansowa jest wyznacznikiem szczęścia :]
Prześlij komentarz